Kingsman: Złoty krąg - recenzja
piątek, września 22, 2017
Matthew Vaughn ma za sobą dopiero pięć kinowych produkcji,
ale każda z nich ma swoje wierne grono fanów. Swoją karierę rozpoczął od
zapomnianego już „Przekładańca”, żeby od razu skoczyć na głęboko wodę,
próbując swoich sił w ekranizacji jednej z powieści Neila Gaimana. „Gwiezdny
pył” nie był filmem idealnym, ale już ta produkcja pokazała, że Matthew Vaughn
ma predyspozycje do ekranizowania dzieł literackich. Swoją niszę odnalazł w
przeniesieniu powieści graficznych na ekran. Pierwsza część „Kick-Ass” do
dzisiaj uważana jest za jedną z najlepszych ekranizacji komiksów, zaś „X-Men:
Pierwsza klasa” pozwoliła odzyskać mutantom utracony blask przez „Ostatni
bastion” i „Wolverine’a”. Ale to dopiero „Kingsman: Tajne służby” wyniosły
reżysera na piedestał, tworząc nie tylko jedną z najbardziej zwariowanych,
szalonych i krwawych filmów na podstawie komiksów, to obraz okazał się ciekawą
alternatywą dla kina szpiegowskiego z serią o agencie 007 na czele. „Kingsman:
Złoty krąg” to pierwszy sequel w dorobku Matthew Vaughna. Czy reżyserowi udało
się nakręcić tak samo dobrą, a może i lepszą kontynuację?
Po śmierci Harry’ego (Colin Firth), Eggsy (Taron Egerton)
zajmuje po nim miejsce przy stole szpiegowskiej organizacji Kingsman, na czele
której stoi sam Artur (Michael Gambon). Gdy Eggsy ma nadzieję na szczęśliwe
życie u boku księżniczki Tilde (Hanna Alström) i swojego psa JB, wszystkie
placówki i prywatne mieszkania agentów zostają zaatakowane przez Złoty Krąg.
Tajemnicza organizacja przestępcza, dowodzona przez inteligentną i
psychopatyczną Poppy (Julianne Moore), która dorobiła się fortuny na światowej
dystrybucji narkotyków, pragnie zniszczyć brytyjską siatkę szpiegowską, aby
wdrożyć swój niecny plan w życie. Jedynymi ocalałymi z zamachu są Eggsy oraz
Merlin (Mark Strong), którzy wyruszają do Kentucky, aby połączyć siły z
amerykańską agencją szpiegowską – Statesman. Eggsy będzie musiał nauczyć się
współpracować z nowymi partnerami, narwanym Tequillą (Channing Tatum) oraz
rezolutnym Whiskey (Pedro Pascal), aby znów uratować świat.
Rozszerzenie świata Kingsmanów o ich amerykańskiego
odpowiednika wydawało się logiczną decyzją. W pierwszej części temat
brytyjskości został na tyle wyeksploatowany, że powiew świeżości w postaci
aromatu oryginalnej whiskey powinien być strzałem w dziesiątkę. Tym bardziej,
gdy wyspiarska etykieta i wyrafinowanie zderza się z nieco redneckim, typowym
dla epoki westernu charakterem i obyciem, gdzie skrojone na miarę garnitury
zamienione zostały na destylarnię szlachetnych i mocnych trunków. Na papierze
brzmi to jak pomysł na masę gagów i twórcy nawet próbowali w zwiastunie tak
sprzedać widzom ten film, ale z szumnych zapowiedzi niewiele pozostało. Po
początkowym nieporozumieniu, amerykańska agencja z pozostałościami po
brytyjskiej szybko nawiązuje współpracę, a że w tym samym momencie film
rozpoczyna zupełnie nowy wątek ze starym znajomym, to brakuje czasu na słowne przekomarzania
między agentami czy bliższego poznania historii Statesman oraz ich agentów.
„Kingsman: Złoty krąg” jest filmem ze źle zaakcentowanymi
wątkami. Scenariuszowi Matthew Vaughna i Jane Goldman przydałoby się porządne
pocięcie, tak aby pozbyć się wszelkich zbędnych wątków i postaci, które tylko
zabierają czas dla reszty. Najbardziej razi wątek miłosny między Eggsym a
księżniczką Tilde, który przewija się przez cały film, żeby w końcówce ocalenie
świata nabrało dla głównego bohatera osobistego wymiaru. Ma to swój sens, ale
wraz z rozwojem fabuły takie zabiegi są nie dość, że zwyczajnie zbędne, to samo
ich doprowadzenie jest zbyt naiwne. Film zresztą wielokrotnie razi zbyt dużą
ilością różnych fabularnych naiwności i głupot, których nie można zrzucić na
garb ani gatunkowy, ani tym bardziej parodii czy kiczu, co wyłącznie źle
wykonanej pracy scenarzystów. Zmarnowano również potencjał powrotu Harry’ego,
bez którego film bardzo dobrze sobie radzi przez pierwsze kilkadziesiąt minut,
więc jego pojawienie się jest ogólnie zbędne, ale to jak rozwiązano jego wątek
jest nie tylko rozczarowujące, co zwykłym scenariuszowym marnotrawstwem.
Zresztą każdy zwrot akcji został poprowadzony na tyle źle, że nie tylko o wiele
wcześniej można się go domyślić, to w żaden sposób nie wzbudza większych
emocji.
Pierwszy „Kingsman” był świetnym połączeniem szalonej akcji
z ogromną dawką humoru. W drugiej części zarówno po jednym, jak i po drugim
niewiele pozostało. Trwający 140 minut film dłuży się, na czym cierpi tempo
akcji. Tej jest zaskakująco niewiele, bo oprócz widowiskowej i doskonale
zrealizowanej sceny otwarcia, w której Eggsy mierzy się z byłym agentem (Matthias
Schoenaerts) w ciasnej taksówce, oraz finałowej sekwencji, przywodzącej na myśl
scenę z kościoła z „jedynki”, jest tu zbyt wiele przestojów fabularnych, a
akcja posuwa się w ślimaczym tempie. Najgorzej, że „Kingsman: Złoty krąg”
próbuje cytować pierwszą część, przez co po raz kolejny musimy oglądać
bliźniaczo podobną scenę w barze, a takich mało subtelnych nawiązań do poprzedniczki
jest więcej. W pozytywnym odbiorze akcji nie pomagają średnie efekty specjalne.
Wysoki budżet filmu najwyraźniej poszedł w większości na opłacenie pensji
szeregu gwiazd i na dopracowanie CGi, z którego film korzysta zbyt chętnie, już
nie starczyło funduszy.
Z drugiej strony mamy niskich lotów humor, często wymuszony
i prostacki. Swoje cameo zalicza tu sir Elton John, sprowadzony wyłącznie do
jednego z najgorszych comic reliefów w historii kina. Jego rola zupełnie nie
przystoi takiej osobie, a wypowiadane przez niego dialogi to niemal wyłącznie
przekleństwa. W finałowej bitwie pojawia się w paru momentach, zupełnie niszcząc
swoją osobą całą frajdę z i tak nienajlepszej akcji. Nie jest to wyłącznie wina
muzyka, choć następnym razem powinien przynajmniej przeczytać scenariusz zanim
zgodzi się zagrać taką rolę, ale winę ponoszą przede wszystkim twórcy, którzy
ośmieszają artystę.
W tym całym realizacyjno-scenariuszowym bałaganie
najbardziej żal gwiazd widowiska. Taron Egerton wciąż ma tę samą charyzmę, ale
tym razem w żaden sposób nie rozwija swojego bohatera, zaskakując czymś nowym.
Na uwagę zasługuje jeszcze Julianne Moore, która co prawda dostała bardzo źle
napisaną rolę, ale aktorka robi co może, aby jej Poppy była silną i bezwzględną
kobieta, ale jednocześnie uroczą i przemiłą, zagubioną gdzieś w tęsknocie za
latami 50. XX wieku. Najgorzej patrzy się na występ Colina Firtha, który jest
zwyczajnie zmęczony graniem w tak nędznej produkcji. Co prawda pieniądze na
koncie się zgadzają, ale aktor wydaje się żałować każdej spędzonej na planie
minuty. Twórcy zupełnie marnują takie aktorskie talenty jak Pedro Pascal, Channing
Tatum, Jeff Bridges, Halle Berry, którzy posłużyli bardziej za ekranowe
zapychacze niż pełnoprawne postacie.
„Kingsman: Złoty krąg” pod żadnym względem nie umywa się do
świetnej pierwszej części. Wszystko co stało za sukcesem „jedynki”, w
kontynuacji nie funkcjonuje tak jak powinno. Film miejscami ma przebłyski,
przywodzące na myśl „Tajne służby”, ale to produkcja bez pomysłu, gdzie
wprowadzenie amerykańskiej agencji, która bardziej zasługuje na własny spin-off
niż taki gościnny udział, jest zbyt małą nowością, żeby „Złoty krąg” miejscami
nie ocierał się o autoplagiat. Gdyby chociaż przyłożono się do znaków
szczególnych poprzedniczki, czyli akcji i humoru, może dałoby się uratować źle
napisany scenariusz, ale nawet to tym razem Matthew Vaughnowi się nie udało.
Czy to jak dotąd jego najgorszy film? Zdecydowanie tak.
Ocena: 4/10
foto: Twentieth Century Fox Film Corporation