Dunkierka - recenzja

piątek, lipca 21, 2017


Każdy kolejny film Christophera Nolana to wielkie wydarzenie. Specyficzny, unikatowy styl reżysera zmieszany z chłodnym realizmem oraz zabawą perspektywą czy czasem stały się symbolem jego dzieł. Nic więc dziwnego, że wiele osób miało obawy, czy kino wojenne jest odpowiednie dla Nolana. Przedstawienie wojennego piekła bez charakterystycznych dla reżysera fabularnych wolt mogło stać się utrapieniem dla Brytyjczyka. Na szczęście Nolan podążył zupełnie inną drogą niż rok temu Mel Gibson z „Przełęczą ocalonych”. Dunkierka to nie tyle kino wojenne, co przede wszystkim dramat ukazujący zmagania z pierwotnym strachem tysięcy osób, odliczających każdą sekundę do nieuniknionego ataku wroga.

Operacja „Dynamo” przeszła do historii jako największa ewakuacja alianckich wojsk, która miała miejsce w Dunkierce. Ponad 300 tysięcy brytyjskich i francuskich żołnierzy zostało zapędzonych na plażę przez niemieckich agresorów. Pewni swojego zwycięstwa naziści nie wysłali wojsk do walki ze zdziesiątkowanym i zrezygnowanym przeciwnikiem. Przez ponad tydzień bezradni alianci czekali na ratunek, żyjąc nadzieją, że uda im się wydostać z piekła. Na ratunek przyszli im zwykli obywatele, którzy swoimi łodziami i kutrami popłynęli w samo serce wojny.


Nolan nie byłby sobą, gdyby choć trochę nie próbował namieszać w konstrukcji swojego filmu. Tym razem reżyser „Incepcji” skomplikował sposób narracji i tak otrzymujemy zupełnie trzy odmienne ramy czasowe, które w pewnych momentach ze sobą się przeplatają. Oglądamy tygodniowe zmaganiu paru wystraszonych nastoletnich żołnierzy, którzy próbują wydostać się z francuskiej plaży. Na dzień przed wielką ewakuacją swoją wycieczkową łodzią wyrusza Dawson (Mark Rylance) wraz z synem Peterem (Tom Glynn-Carney) i Georgem (Barry Keoghan). Ostatnimi bohaterami są Farrier (Tom Hardy) i Collins (Jack Lowden), piloci myśliwców Spitfire, których zadaniem jest zestrzelenie wrogich myśliwców na godzinę przed ucieczką z Dunkierki.

W „Dunkierce” zabrakło miejsce na odważne czyny jednego bohatera. Zamiast tego Nolan przedstawia trzy odmienne spojrzenia na ten wycinek historii z II wojny światowej. Grupie młodych żołnierzy daleko do heroizmu, jakimi do tej pory imponowało kino wojenne. To nie amerykańscy chłopcy, którzy są gotowi oddać życie za swojego kompana. Tutaj każdy dba o swoje życie i są gotowi poświęcić kogoś innego, aby tylko samemu przeżyć. Biernie przyglądają się, gdy żołnierz z innego oddziału idzie wprost w morskie fale odebrać sobie życie. Gdzieś w podświadomości kołacze im się myśl, że nawet jeżeli uda im się w całości dotrzeć do domu, zostaną potraktowani jak tchórze i zdrajcy. Z drugiej strony mamy wyższego rangą żołnierza (Cillian Murphy), który zostaje uratowany przez Dawsona. Gdy podstarzały kapitan statku próbuje jak najszybciej dotrzeć do plaży, przerażony żołnierz bezskutecznie próbuje przekonać Dawsona, żeby nie płynęli do Dunkierki. Na przeciwnym biegunie są piloci Spitfire’ów, którzy za cenę własnego życia próbują powstrzymać niemieckich pilotów przed ostrzelaniem i zbombardowaniem alianckich okrętów wojennych pełnych żołnierzy.


Nolan z ogromnym pietyzmem przeplata i miesza porządek czasu, dopiero po jakimś czasie łącząc wszystkie trzy historie. Wielokrotnie na ekranie widzimy pewne wydarzenia, które dopiero będą miały miejsce w innym wątku. Pozwoliło to brytyjskiemu reżyserowi na zdynamizowanie przebiegu akcji i ciągłe podtrzymywanie uwagi widza. A cały czas mowa o filmie, w którym wroga praktycznie nie ma. Co jakiś czas słychać strzały czy wybuchy, ale zarówno nam jak i bohaterom musi wystarczyć wiedza, że wróg zbliża się coraz bardziej i nie musimy go widzieć, aby się go bać. Nie oznacza to, że film wyprany jest z emocji, skoro nie ma bezpośredniego starcia dobra ze złem. Choć „Dunkierka” nie pozwala nam poznać bohaterów, to widząc ich determinację na twarzy (lub oczach w przypadku postaci granej przez Toma Hardy’ego) wiemy o co każdy walczy i jaką cenę może za to zapłacić. Dlatego w końcówce filmu, gdy mają zostać rozstrzygnięte losy wszystkich postaci, Nolan zgotował nam parę zwrotów akcji, mające spotęgować emocje.

„Dunkierka” oszczędna jest w dialogi, ale to właśnie one najgorzej wypadają w filmie. Te parę momentów na złapanie oddechu potrafią wybić z rytmu opowieści, ale ciągła, przeplatana akcja dosłownie wgniata w fotel i nie pozwala nawet na sekundę oderwać wzroku od ekranu. Ogromna w tym zasługa dopieszczenia filmu pod względem technicznym i realizacyjnym, gdzie chłodna kalkulacja po raz kolejny wygrywa nad chaosem. To nie „Szeregowiec Ryan” czy „Przełęcz ocalonych”, gdzie trup ścielę się gęsto, plaża skąpana jest w oderwanych ludzkich członkach, a piasek wchłania hektolitry krwi. Niższą kategorię wiekową jednak w ogóle nie czuć, bo też nie fizyczne okrucieństwo wojny jest tu bohaterem filmu, a to psychiczne, które pozostawi ślad ewakuowanym do końca życia.


Ogromne wrażenia robią zdjęcia Hoyte Van Hoytema, który współpracował już z Nolanem przy „Interstellar”. Szwajcarski operator pokazuję pełną maestrię swojej sztuki szczególnie w scenach z myśliwcami, przeplatając szerokie plany ze zbliżeniami na zasłoniętą maską twarz pilota. Dodatkowo „Dunkierkę” warto docenić pod względem wizualnym, bo jest to jeden z nielicznych filmów, które zostały nakręcone na analogowej taśmie, która dodaje autentyzmu i stylizacji na kino sprzed paru dekad. Również muzyka Hansa Zimmera złożona niemal w całości z „plumkania” i odgłosów tykania zegara, który ma bardzo ważną funkcję w filmie, dodaje dynamizmu wielu scenom i potęguje narastające napięcie.


Gdy Mel Gibson „Przełęczą ocalonych” rywalizował ze Spielbergiem czy Malickiem, tak Christopher Nolan od dawna gra we własnej lidze, do której żaden inny śmiertelnik nie ma wstępu. Brytyjczyk znów to zrobił i po nienajlepszym scenariuszowo „Interstellar”, tym razem w pełni postawił na doznania audiowizualne, spychając na dalszy plan scenariusz, ale w swój charakterystyczny sposób wykorzystał zabieg burzenia porządku czasu, tak aby historia nie była wyłącznie suchym przedstawieniem faktów w chłodnym i realistycznie wykreowanym świecie. „Dunkierka” to zdecydowanie jedna z najlepszych produkcji kina wojennego, która udowadnia, że da się opowiedzieć wojenną historię bez heroizmu, patosu i z kontrolowanymi emocjami.

Ocena: 9/10

foto: Warner Bros. Entertainment Inc.

Przeczytaj także

0 komentarze

Popularne posty

Polecany post

Dunkierka - recenzja

Popularne posty